West Highland Way. Czy da się przejść w 5 dni i czy warto?
West Highland Way. Czy da się przejść w 5 dni i czy warto?

West Highland Way. Czy da się przejść w 5 dni i czy warto?

Założyłem sobie, że bez przygotowań przejdę w 5 dni po szkockich highlandach 154 km, niosąc do tego na plecach 17-kilogramowy dom. Kalkulator mówił, że to możliwe. Wystarczy przecież codziennie pokonać minimum 31 km. Czy się udało? Prawie;) Czy warto spróbować? Tak, ale…

Wyobraź sobie, że zamykasz laptopa w piątek po południu, wrzucasz na plecy to, co wydaje ci się, że się przyda i ruszasz we względną dzicz, by w tydzień maszerować rozmyślając i podziwiając krajobraz.

Kalkulator mówi, że tak, rzeczywistość weryfikuje plany

Jako 42-letni gość z półtoragodzinną aktywnością w tygodniu w postaci gierki w piłkę nożną założyłem sobie, że w 5 dni po szkockich highlandach przejdę 154 km niosąc na plecach 17-kilogramowy dom. Czy to możliwe? Kalkulator mówi, że tak. Wystarczy codziennie pokonać minimum 31 km. Czy więc wstając zza biurka można przejść West Highland Way w 5 dni z plecakiem ważącym 17 kg i dlaczego nie warto?

Margines błędu wyczerpał się już pierwszego dnia, kiedy z powodu opóźnienia samolotu, do centrum Glasgow dotarliśmy po godzinie 18, co oznaczało, że żaden sklep turystyczny nie był już otwarty. Nie tracąc czasu przejechaliśmy pociągiem do Milngavie, gdzie startuje szlak, licząc, że w takim miejscu uda się kupić butlę z gazem. Także i tutaj obeszliśmy się smakiem, a ostatniego elementu ekwipunku nie było również w dużym markecie. Stałem więc sobie przed wejściem, kiedy usłyszałem: „Good luck” od jegomościa, który opuszczał sklep z zakupami. A co mi tam: – będziemy go potrzebować, bo nie udało nam się kupić kartusza, a bez niego średnio widzę szansę na zrobienie posiłku. Czy gdzieś w okolicy, może na stacji benzynowej, można taki kupić – zagadałem. Niespodziewanie lokals zabrał nas do swojego vana i poczęliśmy jeździć po miasteczku w poszukiwaniu paliwa do kuchenki. Poszukiwania zakończyły się sukcesem, a my – z trzema godzinami niedoczasu – rozpoczęliśmy marsz West Highland Way. Ponoć jednym z najładniejszych długodystansowych szlaków Szkocji.

Najtrudniejszy odcinek West Highland Way – wzdłuż Loch Lomond

Gdyby nie ten spóźniony lot, pewnie pierwszego dnia, z rozbiegu przeszlibyśmy więcej niż 11 km, no ale było jak było. Na dzień dobry przywitaliśmy się jeszcze ze szkocką pogodą – głównie mżawką, a także midges, czyli okropnie natrętnymi meszkami. Tego dnia 17 kg na plecach jeszcze nie ciążyło, a rozbijanie namiotu w deszczu i z tym gryzącym towarzystwem wydawało się fajne😊 wydawało się także, że założenia, czyli przejście 154 km w pięć dni jest całkiem realne. W końcu zostało do końca jeszcze „tylko” 143.

Drugiego dnia pokonaliśmy 25 km docierając przez Conic Hill do kempingu położonego u brzegu jeziora Loch Lomond. Wędrówka wzdłuż jego brzegów wtedy jeszcze zapowiadała się na dość przyjemną, mimo założonych 31 km. Rano obudziłem się w dobrym humorze. Napotkany spacerowicz, na pytanie: Czy Fort William już blisko (to koniec całej trasy), wybałuszył tylko oczy, wydając z siebie jednocześnie dźwięk: oooołłł. Wydało mi się to wtedy zabawne. 21 km lekko nas zmęczyło, ale miejsce na odpoczynek – sala dla hikkerów – w luksusowym hotelu pozwoliła zregenerować siły. Zostało nam zaledwie 11 km zaplanowanych na trzeci dzień. Tempo było więc odpowiednie – aby przejść całość, musieliśmy dziennie pokonywać około 32 km właśnie. Kto by tam czytał, że ostatnie kilometry wzdłuż Loch Lomond należą do najgorszych na całym szlaku? No jest w tym trochę prawdy. Góra, dół, kamień jeden, drugi, kałuża błotna, góra, dół, przeciskanie się pomiędzy skałami – zero szans na zbudowanie jakiegokolwiek tempa i równy marsz, raczej ciągła koncentracja, by dobrze postawić stopy i nie wywinąć orła. Mój kompan przeklinał na ten odcinek w niebogłosy. To było 11 kilometrów niekończącego się technicznego toru przeszkód. Każdy korzeń, każda skała i każda dziura w ziemi chciała, żebym się jej pokłonił, a kilogramy na plecach i grawitacja wcale nie ułatwiały mi wyjścia z opresji z tarczą.

Devil’s Staircase – nie taki diabeł straszny, jak go malują

Zmęczył nas ten odcinek okrutnie. Napisałbym, że ciepły prysznic oraz fish and chips pozwoliły nam się zregenerować i cisnąć dalej następnego dnia, ale nie byłoby to prawdą. Raczej pozwoliło nam to racjonalnie ocenić sytuację i przy pogarszającej się pogodzie rozsądny wybór był jeden – pociąg, którym ominęliśmy następnego dnia mniej atrakcyjny odcinek trasy – i kontynuować trekking od miejsca, gdzie zaczęliśmy już wkraczać w prawdziwe highlandy, w środę miała nas czekać pułapka w postaci Devil’s Starcaise, czyli przewyższenia na 550 metrów, o którym legendy okazały się mocno przesadzone, bo zarówno podejście i zejście należało raczej do łatwych, a w czwartek zaliczyliśmy około 28 km, by dotrzeć do Fort William, gdzie okazało się, że nie ma pól namiotowych, no bo kto by potrzebował campingu u finału trasy?

Spotkaliśmy na jednym z kempingów gościa, który zrobił West Highland Way w 5 dni. Był jednak od nas o połowę młodszy, jego plecak był o blisko połowę lżejszy (około 9kg) i jak sam powiedział – aby zmieścić się w czasie – rezygnował z posiłków w ciągu dnia. Wyglądał na zadowolonego, choć kiedy patrzyłem na jego mokre buty, krwawiące palce u stóp i trzęsące się ręce, które usiłowały wpakować do ust zupkę chińską, mało widziałem tam radości😊

West Highland Way w 5 dni. Można, ale lepiej w dni 6 lub 7:)

Nie spotkaliśmy nikogo innego, kto porwałby się na WHW w rozbiciu na pięć dni w podejściu oblężniczym, czyli niosąc na plechach cały dobytek. Byli tacy, co robili trasę w 6 dni, ale korzystali z firm transportujących ich ciężkie bagaże od punktu noclegowego do punktu noclegowego. My porwaliśmy się nieco z motyką na słońce. Wykazaliśmy się rozsądkiem i nie zabijaliśmy się, by na siłę przejść cały szlak. Pogoda nam dopisała, widoczków trochę było, zmęczenie pozytywne również, więc w kontekście całości cieszą te 125 km pokonane przez West Highland Way.

Czy można pokonać WHW w pięć dni, wstając od biurka i zarzucając na plecy 17 kg? Pewnie przy sprzyjających wiatrach można, ale nie warto: nie dość, że ryzyko kontuzji jest większe, to jeszcze nie ma czasu na przystanki i delektowanie się trasą. Lepszym rozwiązaniem byłoby 6 do 7 dni, jeśli chcemy nieść ze sobą cały sprzęt.

Czy jestem zadowolony z przygody: zdecydowanie. Po pierwsze dowiozłem tych 125 km w bardzo krótkim czasie z dużym obciążeniem, a po zakończeniu miałem jeszcze paliwa w baku, bo do domu, w Polsce wracałem pieszo i rowerem😉 Po drugie: mimo lekkiego zmęczenia podjąłem racjonalną decyzję w terenie właściwie oceniając swoje zasoby (siły, czas, trasę, pogodę, kondycję) i nie parłem do celu za wszelką cenę. Po trzecie, wróciłem zadowolony i ze swojej kondycji i ze sprzętu, który mam do tego typu wyjazdów i ze zdjęć, których czasem nie chciało mi się robić albo robiłem trzęsącą się ręką.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *